22:41

Denko #14: Estee Lauder, Benecos, L'Occitaine.

Kolejny miesiąc nam się kończy, więc najwyższa pora pokazać zużycia kosmetyczne i napisać krótkie recenzje o produktach, które trafiły do ulubieńców, były takie sobie czy okazały się wręcz bublami. Zapraszam do czytania. Uprzedzam, będzie długi wpis :)
Twarz: 
Beauty Marakesh Aloe Vera Water. Mgiełka z aloesem była naszym wybawieniem podczas wakacji w Egipcie. Łagodziła skórę po opalaniu i działaniu wody morskiej. Do tego super nawilżała cerę, nie pozotswiała lepiej warstwy, używałam jej do scalenia makijażu. Atomizer działał bez zarzutu, mgiełka była drobniutką woalką, więc przyjemnie rozprowadzała się na skórze. Kosmetyk niezbędny w upały oraz dla cer podrażnionych i wrażliwych przez cały rok.
Bielita Hydro efekt, woda termalna. Niestety, ale ta woda termalna nic nie robiła. Może w trakcie upału dawała nieco ochłodzenia, ale nic po za tym. Nie łagodziła skóry, nie dawała uczucia nawilżenia czy ukojenia. Przegrywa z każdym schłodzonym hydrolatem, a już tym bardziej z wodą termalną Uriage.
Feel Free Facial Foam Cleanser. Jedna z ulubionych pianek do mycia buzi. Bardzo kremowa i delikatna, oczyszcza cerę nie wysuszając jej. Nie pozostawia uczucia ściągnięcia czy podrażnienia. Ma naturalny skład, dobrą dostępność (jest w Hebe) i niską ceną. Do tego pianka była dość wydajna, dobrze usuwa resztki makijażu, więc można jej używać jak do porannej tak i wieczornej pielęgnacji.
Estee Lauder Revitalizing Supreme+. Miniatura kultowego kremu przypadła mi do gustu, choć nie tak bardzo jak serum. Krem dobrze nawilżał cerę, nadawał się pod makijaż, napinał i działał rewitalizująco. Jak by nie zaporowa cena, to pewnie bym kupiła pełne opakowanie. Pełna recenzja niżej.

Polny warkocz Mazidło odżywczo kojące. Muszę przyznać, że dla cery mieszanej tego za dużo. Mazidło ma bardzo gęstą konsystencję, która ciężko się rozprowadza i równie opornie się wchłania. Ma bogaty naturalny skład i pewnie posiadaczki cery suchej będą zakochane. Dla mnie był zbyt ciężki nawet w zimie jako krem na noc lub jako krem na dzień, gdy wychodziłam bez makijażu.
Only Bio Płyn micelarny. Pokachałam to maleństwo, bo świetnie usuwa makijaż, nawet ten cięższy typu Revlon Colorstay i mocny makijaż oka. Nie podrażnia cery, nie szczypie oka. Usuwa makijaż beż pocierania, am naturalny skład nie wygórowaną cenę. Polecam i sama chętnie wrócę.
Cien Food for Skin maska-peeling do twarzy. Kosmetyk przychodzi do nas w saszetce przedzielonej na pół: w jednej części mamy peeling, a w drugiej maseczkę łagodzącą. Bardzo dobre rozwiązanie, bo po głębokim oczyszczaniu skóra zawsze potrzebuje uspokojenia u nawilżenia. Peeling z czarnym węglem nie był mocnym zdzierakiem, ale dobrze oczyszczał pory i usuwał suche skórki. Z kolei maska łagodząca z ogórkiem dobrze nawilżyła i uspokoiła cerę. Skład nie należy do w 100% naturalnego, ale nie jest źle, więc można wypróbować te maseczki z Lidla, bo i cena zachęca do testów.
Vianek Normalizująca maska do twarzy. Moja ulubiona maska z całej serii Vianka. Dobrze oczyszcza cerę, bo ma w składzie zieloną glinkę i węgiel aktywny. Nie wysusza i nie ściąga, do tego ładny naturalny skład. Gorąco polecam, a pełna recenzja maseczek Vianka jest już na blogu:
Vianek Wzmacniająca maseczka do twarzy. Jedyny plus tej maski to bogaty naturalny skład i zapach też ładny. Ale nie było w jej działaniu nic nadzwyczajnego. Nie oczyszczała tak dobrze jak poprzedniczka, nie nawilżała jakoś specjalnie mocno ani też nie łagodziła skóry po zabiegach. Taka ona trochę nijaka, więc dla mnie "Meh" jak lubi mówić Maxineczka. Pełna recenzja w powyższym linku.
Spiwak Mydło-mus do mycia twarzy. Pisałam o tym kosmetyku już nie raz, bo był ze mną bardzo długo. Jest niesamowicie wydajny, bo już ilość wielkości grochu wystarczy, by umyć całą buzię. Większa ilość produktu może wysuszyć i powodować uczucie ściągnięcia. Do tego prosty naturalny skład, tylko ciężko z dostępnością, bo to rosyjska manufaktura kosmetyczna i rzadko pojawia się w ofercie sklepów.
L'Oreal Men Expert Hydro energetic. Krem do twarzy, który z wielką chęcią zużył Pan Mąż. Kosmetyk dobrze nawilża, łagodzi podrażnienia po goleniu, do tego nie zostawia lepkiej warstwy, szybko się wchłania i jest bardzo wydajny. Choć nie ma naturalnego składu, jego działanie jest dużym plusem.
Ciało:
Babuszka Agafia Peeling do ciała dla masażu. Galaretowaty peeling z pestkami malin, który wygląda jak dżem. Ładny zapach malin, działanie też na plus. Peeling dobrze złuszczał skórę, bo drobinki były duże i ostre. Nie każdy lubi takie działanie, ale dla mnie jest ok. Nie był szczególnie wydajny, bo konsystencja nie sprzyjała łatwemu rozprowadzaniu się peelingu na ciele.
Ministerstwo Dobrego Mydła mydło Orkisz. Mydło ze złuszczającymi cząsteczkami orkiszu. Było fajnym mydłem-peelingiem do ciała. Drobinki dość ostre, więc nie każdemu się spodoba. Co do mydła, to nie wysuszało skóry, dobrze się pieniło, miało trochę dziwny zapach, który ciężko mi określić, ale był dość specyficzny i mało przyjemny dla mojego nosa. Ogólnie dobre wrażenie, ale bez rewelacji.
Made by Natures Niemowlaczek. Fajne mydełko młodej polskiej marki. Dobrze się pieni, nie wysusza skóry, a pozostawia delikatną jedwabistą powłoczkę. Ma ciekawy naturalny skład, więc miłośnicy natury i zero waste muszą go poznać. Na pełną recenzję zapraszam tu:
L'Occitaine Amande. Krem do rąk w wersji z olejem migdałowym jest tak samo przeze mnie kochany, jak i klasyczna wersja z masłem shea. Krem nie jest bardzo tłusty, całkowicie się wchłania, nie pozostawiając tłustej lepkiej warstwy. Ale czuć pod palcami, że skóra jest miękka, głęboko odżywiona a to uczucie nie znika po pierwszy myciu rąk.
Faberlic Collection Polynesie. Mleczko do wanny, które miało bardzo ładny delikatny zapach kwiatów, taki lekko mleczny i pudrowy. Kosmetyk zmiękczał wodę i nadawał jej mleczny odcień, tak jakby dolałyśmy do wody prawdziwe mleko. Nie tworzy piany, nie brudzi wanny, ogólnie całkiem niezły produkt, ale bez rewelacji, więc nie planuję powrotu. 
Adidas anti-perspirant Climacool. Taki średniaczek, raz miłość, raz nienawiść. Nie wiem od czego to zależało, ale jednego dnia chronił jak żaden inny antyperspirant, a innym razem nawet jak plackiem cały dzień przeleżałam na kanapie, to nawet potęgował zapach potu. Więc jednak nie kupię kolejne opakowanie.
Mydła do rąk Isana i Cien. Uwielbiam obie te marki i chętnie kupuję nowe zapachy. Dobrze oczyszczają skórę, nie wysuszają dłoni, mają piękne zapachy, są wydajne i tanie.
Liv Delano płyn do higieny intymnej. Delikatny płyn o przepięknym zapachu kwiatu piwonii. Uwielbiam za zapach i działanie. Nie podrażnia, nie piecze, porządnie myje i odświeża. To była druga buteleczka, mam w łazience już kolejne opakowanie!
Benecos Shower Gel. Naturalny żel pod prysznic w mojej łazience, to rzadkość. Moja skóra nie wymaga delikatnych środków myjących, więc zadowalam się drogeryjnymi kosmetykami typu Isana, Balea czy Dove. Żel z Benecos miał przepiękny zapach moreli, dobrze się pienił, ale nie był szczególnie wydajny. W działaniu nie różnił się od zwykłych żeli, ale u osób z wrażliwą i suchą skórą pewnie spisze się na medal.
Isana Wild like the ocean. Żel pod prysznic o przepięknym zapachu kokosa i jaśminu. Niby dziwne połączenie, ale zapach boski. Jak na żel Isany przystało dobrze oczyszczał, nie wysuszał, był dość wydajny, więc pewnie jeszcze do niego wrócę.
Włosy:
Buña Szałwia Szampon do włosów cienkich i osłabionych. Ta wersja spisała się lepiej niż Melisa, ale i tak było bez szału. Szampon w miarę dobrze oczyszczał włosy, nie wysuszał skóry głowy i nie plątał włosów, ale i tak do niego nie wrócę. Znam lepsze szampony, które przedłużają świeżość włosów, dbają o nie i mają lepszy skład. 
Jak widzicie, denko pokaźne. Kto dotrwał do końca jest moim bohaterem! Więc warto zostawić komentarz, bym wiedziała Was z nazwiska (czy nicka)!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Stazyjka , Blogger