18:55

Zużycia #8: The Body Shop, Dove, Bielenda.


Początek miesiąca już dawno mamy za sobą, więc najwyższa pora na wpis z życiami października. Nazbierało się tego całkiem sporo, co nie może mnie nie cieszyć. Szczególnie zważając na moją ciągłą walkę z nadmiarem kosmetyków. A więc zapraszam i życzę miłej lektury.

Włosy:
Batiste dry shampoo. Moje kolejne opakowanie kultowego już kosmetyku. Dobrze odświeża włosy, dodaje im objętości oraz odświeża. Ta wersja, w odróżnieniu od innych, mniej bieli włosy, co przemawia na jej korzyść i skłania mnie do zakupu kolejnego opakowania.
Dove szampon do włosów suchych i zniszczonych. Szampon w składzie ma SLS, co oznacza, że dobrze oczyszcza skórę głowy, świetnie radzi sobie z domyciem włosów ze środków do stylizacji. Mojej skóry nie podrażnia, a włosy po jego użyciu nie były splątane, suche i matowe. Mogę go śmiało polecić jako szampon mocno oczyszczający, ale też świetnie się sprawdza używany codziennie.
L’Oreal Preference. Kolejne już opakowanie mojej ulubionej odżywki do włosów. Świetnie odżywia, włosy po jej użyciu są błyszczące, gładkie i dociążone. Końcówki nie są splątane a włosy u nasady są lekko odbite.  w zapasie jeszcze mam 3 opakowania, ale przyznam szczerze, że odżywka zaczyna mi się nudzić i chętnie rozejrzę się za czymś nowym.
Ciało:
The Body Shop Virgin Mojito. Uwielbiam masło do ciała marki The Body Shop. Są treściwe, dobrze odżywiają skórę, szybko się wchłaniają oraz mają piękne zapachy. To masło używałam w sierpniu i we wrześniu, więc w upały sprawdzało się genialnie. Zestawiając ze sobą wydajność oraz cenę, masło wypada nie najgorzej, bo używane przez dwie osoby starczyło nieco ponad dwa miesiące.

Dove pianka do mycia ciała. Delikatna pianka o kremowej konsystencji, idealnie nadaje się do mycia suchej i wrażliwej skóry. Nie wysusza, a pozostawia skórę jedwabiście gładką oraz przyjemną w dotyku. Zapach to tradycyjna kompozycja o stonowanych kremowych nutach. Zdecydowanie kosmetyk idealny na chłodniejsze miesiące.
Isana żel pod prysznic o zapachu papai i hibiskusa. Mocny soczysty zapach, niska cena, dobra wydajność oraz brak wysuszenia skóry -  wszystko to powoduje, że z chęcią sięgam po żele marki Isana. Na oku mam zapachy z limitowanej jesiennej kolekcji.
Intimea emulsja do higieny intymnej. Piekielnie wydajny żel do higieny intymnej, który kupimy w Biedronce. Skład nie powala swoją naturalnością, ale warto zaznaczyć, że kosmetyk nie podrażnia delikatnych okolic intymnych. Opakowanie z pompką pozwala na higieniczne i oszczędne używanie kosmetyków. Ze swojej strony polecam, bo to już kolejne moje opakowanie.
Cleanic Deo fresh dezodorant w chusteczce. Zabieram te chusteczki na siłownię oraz w krótkie podróże. Oszczędzają miejsce, a chronią tak samo dobrze jak standardowy dezodorant. Już mam kolejne opakowanie w mojej torbie sportowej.
Himalaya Sparkly White. Naturalna pasta do zębów bez parabenów oraz fluoru. Świetnie odświeża oraz dba o higienę jamy ustnej. Zużyłam już kilka opakowań i na pewno sięgnę po kolejne.
Twarz:
ChocoLatte  bławatkowy shake do demakijażu. Już pisałam o nim w ulubieńcach. świetnie zmywa makijaż oka, nie podrażnia, nie powoduje łzawienia oraz zamglenia oczu. Na jego korzyść przemawia krótki naturalny skład oraz dobra wydajność. Wrócę do niego z wielką chęcią.

Bielenda multiwitaminowa esencja do pielęgnacji twarzy. Bardzo lubiłam ten kosmetyk za jego skład, działanie oraz wydajność. Wielka szkoda, że marka postanowiła wycofać ten produkt ze sprzedaży. Esencja świetnie nawilżała cerę, tonizowała ją oraz przygotowywała na przyjęcie kolejnych kosmetyków. Niestety, po znalezieniu ideału muszę znowu szukać dobrego kosmetyku w tej kategorii.

Tropical Island banana Jelly mask. Totalne nieporozumienie. Maska ma galaretowatą konsystencję, która za nic w świecie nie chce się rozprowadzać na skórze. Kosmetyk aplikuje się grudkami, nie ma mowy o równomiernej aplikacji. Do tego nie są spełnione żadne z obietnic producenta: nie rozjaśnia nie dodaje witalności i blasku cerze. Nie widzę sensu wydawać pieniędzy na tak bezużyteczny kosmetyk.
Biotaniqe odmładzająca płatki pod oczy. Kosmetyk lubiany i polecany przez blogerki. Ja niestety nie zauważyłam żadnego działania. Nie zauważyłam ani odmłodzenia skóry, ani ujędrnienia. Do tego producent obiecuje redukcję widocznych zmarszczek oraz stymulację procesów metabolicznych komórek skóry. Nikogo nie zdziwię, jeśli powiem, że takiego działanie nie uświadczyłam. O wiele lepiej sprawdzają się płatki z iHerb, których recenzja niebawem pojawi się na blogu.
Balea Happy Day maseczka do cery normalnej. Kremowa maseczka o bardzo przyjemnym, lekko owocowym zapachu. Świetnie nawilża cerę i poprawia jej kondycję. Może bez rewelacji, ale jako dodatek do wieczornego rytuału odprężającego sprawdza się idealnie.
Beauty Visage  hialuronowa maska w płachcie. W składzie znajdziemy kwas hialuronowy, ceramidy, hydrolat z liści winogron oraz kilka ekstraktów. Maska była dobrze nasączona serum, którego resztki jak zawsze użyłam do masażu twarzy. Sama płachta dobrze przylegała do twarzy i nie była jakaś szczególnie duża, co przy mojej drobnej twarzy jest zdecydowanym plusem. Co do działania to było standardowe jak na takiego rodzaju kosmetyk, czyli dobre nawilżenie i napięcie skóry. Niestety nie zauważyłam wyrównania kolorytu skóry, likwidacji drobnych zmarszczek oraz poprawy ogólnej kondycji cery.
Dr.G A-Clear Foam Cream. Krem do mycia twarzy to coś po co sięga w chłodniejsze dni. Taka formuła jesienią i zimą sprawdza się u mnie najlepiej. Byłam mile zaskoczona tym kosmetykiem marki Dr.G, więc gdy uszczuplę moje kosmetyczne zapasy, to chętnie sięgnę po ten kosmetyk. Bo dobrze mył, a jednocześnie był bardzo delikatny dla skóry. Nie tylko nie wysuszał, ale nawet tak jakby delikatnie odżywiał, pozostawiał ją gładką i jedwabistą.

Dr. G Barier Activator. Lekki krem, który idealnie nadawał się pod makijaż. Cudnie cerę matowił i wyrównywał strukturę, taka jakby baza silikonowa, ale o lepszym składzie. Podkład trzymał się rewelacyjnie. Chętnie kupiłabym pełnowymiarowe opakowanie.
Zapachy:
Yankee Candle Black Cherry. Piękny, wyrazisty zapach prawdziwych soczystych czereśni. Moc całkiem dobra, ale do mocarzy nie należy. Zapach super sprawdzał się w upalne wrześniowe dni, więc na lato gorąco Wam polecam ten zapach.

Yankee Candle Autumn Glow. Pisałam o tym zapachu całkiem niedawno, więc zainteresowanych odsyłam do recenzji. Kocham i mam kolejne sztuki.
Yankee Candle Summer Scoop. Piękny owocowy zapach, który jest słodko kremowy. Moc średnia, ale aromat czuć nawet kilka godzin po zgaszeniu świecy. Zapach idealny na letnie dni, bo szczególnie w upały mamy ochotę na lody owocowe, a właśnie ten zapach oddaje ta świeca. Zero chemicznych sztucznych nut, więc polecam.
WoodWick Cranberry Cider. Moje pierwsze spotkanie z marką i mam mieszane uczucia. Z jednej strony wosk ma całkiem przyzwoitą moc. Z drugiej strony, opakowania starczyło tylko na dwa palenia. Sam zapach to tytułowa żurawina, nie powiedziałabym, że da się wywąchać jakieś alkoholowe nuty. Mam ochotę na zakup świecy tej marki ze względu na drewniany knot, ale pewnie poszukam ciekawszego zapachu.
Postanowieniem na listopad było nie kupowanie nowych maseczek oraz kolorówki. Co prawda, w mojej kolekcji pojawił się nowy rozświetlacz, ale co do maseczek i nowych produktów do pielęgnacji, trzymam się danych obietnic. Bo chciałam przeliczyć wszystkie swoje kosmetyki, ale załamałam się na liczbie 75, a to nie była nawet połowa.
A Ty wiesz, ile masz kosmetyków w swoim domu?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Stazyjka , Blogger