17:57

Zużycia #7: Biolaven, Anwen, Make Me Bio, Yankee Candle.


Na mojej stronie na Facebooku podzieliłam się z Wami moimi kolejnymi krokami i pomysłami na temat minimalizmu. W minimalizmie nie chodzi jedynie o ograniczaniu zakupów, ale przede wszystkim o pozbywaniu się niepotrzebnych rzeczy i emocji. A z tym uporać się jest znacznie trudniej. Bo nie kupić, to prosta sprawa, a już oddać/wyrzucić swoją rzecz staje się wyzwaniem nie do pokonania. Dlatego właśnie październik stał się miesiącem pozbywania się: 30 rzeczy do wyrzucenia oraz aż dwa Projekty Denko. Oto pierwszy z nich.

Włosy:
Biolaven szampon do włosów. Bardzo polubiłam ten kosmetyk za delikatne oczyszczanie, zapach, i nie wysuszanie skalpu. Kosmetyk, choć ma naturalny skład, dość dobrze się pienił, więc oczyszczał skórę jak nie jeden szampon na bazie SLS. Włosy po nim były miękkie, błyszczące, nie puszyły się oraz nie były wysuszone. Nie tyko ja pokochałam to cudo, ale także Pan Mąż, więc zdenkowaliśmy go w 1,5 miesiąca czy nawet chyba szybciej, nad czym mocno ubolewam. Ale na pewno sięgnę po kolejne opakowanie.

Anwen Maska winogrona i keratyna. O tej masce już wspominałam na blogu niejednokrotnie. Skomponowana specjalnie dla włosów średnioporowatych, dawała niesamowite efekty na włosach. Wygładzenie, odżywienie, dociążenie końcówek, blask i brak obciążenia – nic tylko kochać i kupować kolejne opakowania. Moje, niestety, się zepsuło w łazience, bo nie trzeba dużo kosmetyku, by pokryć nim całe włosy na długości. W tym wypadku fenomenalna wydajność w połączeniu z naturalnym składem spowodowały zmarnowanie ok. ¼ opakowania. Ale i tak z całego serca polecam Wam kosmetyki marki Anwen.
Ciało:

Ciało Plus Solutions Krem pielęgnacyjny do skóry z cellulitem. Używany przez mojego męża i to nie ze względu na cellulit, tylko chciał mieć na lato jakiś lekki balsam do ciała. Krem nie może pochwalić się dobrym składem, ale w upalne lato 2018 spisał się wzorowo: szybko się wchłaniał, nie pozostawiał uczucia lepkości i nie brudził ubrań, do tego dobrze nawilżał skórę, nie zapychał jej, a uczucie nawilżenia nie znikało po paru minutach, tylko skóra faktycznie była zmiękczona, odżywiona i zadbana.
Balea pianka pod prysznic Limonka i Grejpfrut. Bardzo fajna pianka, szczególnie gdy na zewnątrz jest +30°C. Pianka miała przyjemny orzeźwiający zapach cytrusów, do tego fajnie odświeżała, nie wysuszała skóry i była lekka i delikatna. W odróżnieniu od wersji z kokosem, o której już pisałam na blogu, ten kosmetyk bardzo mi przypadł do gustu, więc chętnie do niego wrócę w upalne dni.
Faberlic VitaMania Czarna porzeczka i jeżyna. Najzwyklejszy żel pod prysznic, który dobrze mył, nie wysuszał skóry, miał przyjemny porzeczkowy zapach. Nie był jakiś szczególnie wydajny, przeciętniak jakich na rynku jest sporo. Regularnie dostaję żele tej marki w prezencie, stąd ciągle pojawiają się w Zużyciach, ale sama bym je nie kupiła.
Mama’s Krem przeciw rozstępom. Używałam go jako kremu do stóp z tego powodu, że w składzie były substancje, które najlepiej unikać w ciąży. Dla mnie to skandal, że marka produkująca kosmetyki specjalnie dla przyszłych mam okłamuje swoje klientki, dodając niebezpieczne składniki w swoje produkty.
Indigo Femme Fatale krem do rąk. Pisałam o nim na blogu i ciągle uważam tak samo: fantastyczny kosmetyk, filerne opakowanie. Krem sam w sobie super nawilża i odżywia skórę rąk. Efekt utrzymuje się po myciu, więc nie ma konieczność smarować ręce po każdym myciu. Niestety, pompa nie działa lub mocno się zacina, więc wydobycie produkty graniczy z cudem. Mam teraz opakowanie 300 ml używam go do smarowania całego ciała, więc mimo wszystko kosmetyk polecam.
Garnier Mineral Pure Active. Jeden z moich ulubionych antyperspirantów. Nie podrażnia skóry, dobrze spisał się w upały, ma przyjemny zapach i przystępną cenę. Z tego co kojarzę, to produkt zawiera aluminium, więc kosmetyk nie dla każdego. Na mnie antyperspiranty bez tego składnika nie dają rady, więc dla mnie hit.
Oliwkowe mydło greckie. Przywiezione z Grecji, wykonane w 100% na bazie oliwy z oliwek. Do mycia ciała czy rąk spisał się na piątkę, bo ani nie wysuszał skóry, ani nie podrażniał. Zapach dość specyficzny, bo typowo ziołowy, ale mi nie przeszkadzał, bo i tak zawsze po prysznicu nakładam balsam i wtedy ciała pachnie całkiem przyjemnie.
Twarz:
Clinique Pep-Start 2-in-1 exfoliating cleanser. Żel do mycia twarzy z drobinkami, używałam go 2-3 w tygodniu, gdy chciałam się pozbyć nadmiaru sebum po szczególnie upalnym dniu. Drobinki ścierające są dość drobne, więc żel nie podrażniał skóry i był stosunkowo łagodny dla cery. Jeszcze parę lat temu byłam wielką miłośniczką peelingów gruboziarnistych, więc ten kosmetyk u mnie by nie znalazł uznania. Ale teraz staram się traktować skórę łagodniej, więc takie delikatne złuszczacze są mile widziani w mojej łazience.

Make Me Bio Bio krem pod oczy z marakują i zieloną herbatą. Myślałam, że ten krem nigdy się nie skończy, bo używałam go przez ok. 5 miesięcy. Opakowanie typu airless pozwalało na bardzo dokładne dawkowanie kosmetyku, dzięki czemu kosmetyk się nie marnował, a takie rozwiązanie jest jednym z najbardziej higienicznych. Krem dobrze nawilżał skórę pod oczami, nieco rozjaśniał oraz niwelował opuchnięcia. Dodatkowym plusem jest dość wysoki filtr spf 25, latem jak znalazł. Co do wygładzenia zmarszczek, to jak się domyślacie, krem z tym sobie nie poradził. Jego konsystencja jest dość lekka, dobrze sprawdza się pod makijaż, ale chyba zbyt lekka, by mogła uporać ze zmarszczkami mimicznymi. A jaki dobry krem pod oczy o działaniu Anti-Age polecacie na okres jesienno-zimowy?

Tołpa Dermo Face Physio płyn micelarny w chusteczce. Już wyznawałam miłość tym chusteczkom, bo są bardzo dobrze nasączone, zmywają nawet mocny makijaż. Na wyjazdy są idealne, więc zdecydowanie jeszcze do nich wrócę.
Tony Moly I’m Real Radiance. Maseczka z ekstraktem z pomidorów – ciekawe rozwiązanie, jak myślicie? Ja po przeczytaniu niezliczonej ilości pozytywnych opinii, byłam nastawiona na efekt Wow. Niestety, po za standardowym nawilżeniem cery, innych efektów nie zauważyłam. Skóra była minimalnie rozświetlona, koloryt nie był specjalnie wyrównany, ale minimalna różnica była widoczna. Jestem rozczarowana, bo oczekiwałam czegoś większego i ogólnie dochodzę do wniosku, że maski w płachcie są przereklamowane. Może znacie faktycznie działające maski w płachcie, które dają coś więcej po za standardowym nawilżeniem?
Bielenda Silver Detox. O jej niebieskiej siostrze już pisałam na blogu. Na szczęście, wersja srebrna mnie nie podrażniła. Maska fajnie ściąga pory, zmniejsza wytwarzanie sebum, delikatne wysusza aktywne stany zapalne. Niestety, nie oczyszcza porów, a na to bardzo liczyłam. Nie najgorsza maska na rynku, ale większego szału też nie ma.

Chusteczki nawilżane Gaga, wersje Fresh i Sensitive. W uaplne dni, szczególnie gdy uczestniczych w pracach remontowych, chusteczki nawilżane są must havem. Dodatkowo testowałam na sobie coś, co planowałam w przyszłości używać do pielęgnacji dziecka. Niestety, chusteczki marki Gaga (dostępne w Tesco) nie mają najlepszego składu, więc nie wiem, czy zaryzykowałabym używać go do pielęgnacji skóry noworodka. Dodatkowo, dość szybko wysychają, a takie duże opakowanie starczało nam góra na tydzień. Do usuwania brudu dnia codziennego nie są najgorsze, jednak nie mogę je polecić, bo można znaleźć lepsze.
Chusteczki nawilżane Dada wersje Lavender i Sensitive. Wersja Sensitive ma całkiem porządny skład, może nie tak naturalny, jak nam by się chciało, ale nie jest aż tak źle. Nie wysychają tak szybko jak poprzedniczki, dzięki czemu zużywają się odrobinę wolniej. Zabrałabym je ze sobą w podróż, bo były dobrze nasączone, fajnie usuwały zabrudzenia i były delikatne dla skóry.
Kolorówka:

Wibo Eyebrow Stylist. Uwielbiam ten żel do brwi, skończyłam już drugie opakowanie. Ma brązowy odcień, który nieco opalizuje, ale spokojnie, nie ma tam żadnych drobinek. Po prostu kolor wygląda nieco żywiej i brwi nie wyglądają na płaskie, tak jak by były przyklejone do twarzy. Szczoteczka mega wygodna, wyczesuje każdy włosek, do tego nabiera odpowiednią ilość kosmetyku. Używałam go solo, ale czasem też w kombinacji z cieniami Essence. Jeśli szukacie niedrogiego, ale dobrego żelu do brwi, to gorąco polecam ten z Wibo.
Zapachy:

Yankee Candle Black Coconut. Piękny tropikalny zapach kokosa z domieszką egzotycznych kwiatów. Ale tych kwiatów jest dosłownie odrobinkę. Zapach nie jest zbyt słodki, żadne Rafaello czy inny tego typu cukierek. Zapach mocny, wyrazisty, ale nie przyprawiający o mdłości. Jest jak najbardziej wart zakupu.
Yankee Candle Delicious Guava. Kolejna tropikalna propozycja na lato. Miks owoców, gdzie znajdziemy tytułową guawę w połączeniu z mango, brzoskwinią i czymś jeszcze (nie znam się zbyt dobrze na tropikalnych owocach). Zapach słodko-rześki, nie mdły, dobrze wyważony. Do tego dość mocny, więc pięknie rozchodzi się po całym mieszkaniu i nadaje się do palenia na balkonie. Polecam na ciepłe słoneczne dni, więc jeszcze można po niego sięgnąć.
Country Candle Coconut Colada. Czysty kokosowy drink o podobnej nazwie. Słodki kokos wymieszany z aromatycznym ananasem. Byłam zakochana w tym zapachu, więc na pewno jeszcze do niego wrócę, mimo, że nie jest to zapach złożony, intrygujący i wielowarstwowy. Jest w nim pewny urok, prostota i pełne odzwierciedlenie wakacji moich marzeń na karaibskiej wyspie ;)
Aril Czekolada i wiśnia. Świeczki z Biedronki niemal zawsze charakteryzują się pięknym zapachem, mocą i nie ustępują świeczkom wysoko półkowym. Czekolada i wiśnia nie jest wyjątkiem, pachnie dość banalnie, czyli wiśnią i czekoladą. Ale zapach nie jest jakiś mega sztuczny, by jest to dobrze odzwierciedlony zapach Delicji. Moc jest dobra, w pokoju ok. 18 m2 rozchodzi się całkiem porządnie. Radzę zwracać uwagę na limitki Aril, bo za ok. 7 zł dostaniecie fajne świeczki, które faktycznie pachną po odpaleniu.
I to by było na tyle. Za kilka dni pojawi się kolejna część. Nie chcę was zanudzać, publikując na raz 20, choć i krótkich recenzji. Jeśli znacie dobre maseczki w płachcie, o które pytałam, lub dobry krem pod oczy, to koniecznie dajcie znać!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Stazyjka , Blogger