09:22

Zużycia 2018 #5: Nacomi, Skin 79, Bath&Body Works.


Pozbywanie się rzeczy w ostatnim czasie stało się moją ideą fix. Przeprowadzka mocno uświadomiła mi, że podejmowane do tej pory działania są mało skuteczne. Czas na kolejne, bardziej zdecydowane kroki. Ale nawet taka mała sprawa, jaką jest siata pustych opakowań po kosmetykach bardzo mnie cieszy. O innych, bardziej zdecydowanych działaniach „porządkowych” przeczytacie już czytaliście na blogu (klik).

Włosy:
Ducray Extra-Doux Szampon dermatologiczny do częstego stosowania. Powiem szczerze, szampon jak to szampon: mył, nie plątał włosów, nie wysuszał skalpu. Nie zauważyłam, by wydłużał świeżość włosów czy dodawał włosom objętości. Dobry, ale bez rewelacji. Za taką cenę, to pewnie nie sięgnę po kolejne opakowanie.

Ciało:
Yves Rocher Nature Homme Cedr&Zielona cytryna. Żel, którego ostatnio używał Pan Mąż. Brdzo mu się spodobał, więc umieściłam go w Denku. Może któraś z Was zechce zrobić swojej połówce prezent. Dobrze spisał się jako szampon, domywał, nie przesuszał skalpu oraz nie powodował łupieżu czy podrażnienia. Do mycia ciała też nadawał się idealnie. Porządny wielofunkcyjny kosmetyk o bardzo przyjemnym perfumowanym zapachu.
Bania Agafii Gęste Różowe mydło dla włosów i ciała. Z bólem przyznaję, że skład nie jest fenomenalny i znajdziemy tu kilka, moim zdaniem, zbędnych składników. Mydło dobrze myło skórę, wysuszało zdecydowanie mniej niż klasyczne żele. Było też wielofunkcyjne, bo myłam nim włosy, ciało, pędzle a raz nawet prałam skarpetki. Zapach miało bardzo delikatny, na skórze czy włosach był niewyczuwalny. Wydajność to kolejny plus, bo przy takiej wielofunkcyjności starczył na nieco ponad dwa miesiące. Dobry kosmetyk, które mogę Wam polecić.

Nacomi Coffee Scrub. Powiem szczerze, mimo pięknego zapachu, naturalnego składu, porządnego zdzierania i piekielnej wydajności, nie polubiłam tego peelingu. Nie mam do niego pretensji i żadnych uwag, ale mimo wszystko nie polubiłam go na tyle, by sięgnąć po kolejne opakowanie. O wiele przyjemniej mi się używa peelingu z BodyBoom. Porównywałam już dla Was te dwa peelingi, po szczegóły odsyłam Was do tego wpisu.
Arko Men piana do golenia. Już nie raz pisałam, że preferuję męskie maszynki do golenia. Mniej podrażniają, na dłużej mi starczają. Czasem też sięgam po męskie pianki, bo oprócz zapachu, nie widzę żadnej różnicy między męskimi a kobiecymi piankami do golenia. Ta z Arko akurat była bardzo miętowa, więc mogła delikatnie podrażniać. Starczyła nam na bardzo długo, bo dobrze rozprowadzała się na skórze, była bardzo gęsta i kremowa. Mimo wszystko do niej nie wrócę, bo po uszczupleniu moich zapasów ma ochotę na słynne pianki z Balea.
India Cosmetics Serum do bardzo suchej skóry z olejem z konopi. Serum do twarzy i dłoni ma tak paskudny skład, jakich mało w świecie chyba jest. Smarowałam nim pięty, ale w pewnym momencie odstawiłam go na rzecz bardziej naturalnych kosmetyków. Przy przeprowadzce wygrzebałam go w czeluściach mojej szafki, więc teraz widzicie go w denku. Niby coś tam nawilżał, ale nie ma sensu o nim się rozpisywać, skoro w składzie ma pochodne ropy już na drugim miejscu. Do tego są silikony, konserwanty, lanolina. Nie warto po to badziewie sięgać!
Cien Kremowe mydło w płynie z ekstraktem z piwonii. Bardzo fajne mydło do codziennego użytku. Było faktycznie kremowe i delikatne dla skóry, nie wysuszało i nie podrażniało przy bardzo częstym używaniu. Stało w kuchni, więc śmiało mogę twierdzić, że skutecznie domywa ręce z tłuszczu i innych mocnych zanieczyszczeń, jednocześnie usuwa ze skóry nieprzyjemne zapachy, pozostawiając delikatną woń piwonii. Polecam i na pewno sama kupię kolejne opakowanie.
Manufaktura peelingujące mydło z pestkami winogron. Mydło zakupione dobrych parę lat temu w Pradze. Manufaktura to czeska marka, produkująca różnego rodzaju kosmetyki naturalne, nie testowane na zwierzętach i jeśli się nie mylę, są wytwarzane ręcznie, o czym sugeruje nam nazwa. Moje mydło idealnie nadawało się do mycia ciała, szczególnie do masażu, bo drobinki pestek winogrona dobrze peelingowali skórę i ją masowali. Kosmetyk nie wysuszał skóry, jak to mają w  zwyczaju inne mydła, więc chętnie sięgnęłabym po kolejny kosmetyk tej marki.
L’Occitane Ultra Rich Body Lotion. Jeden z najpopularniejszych kosmetyków tej francuskiej marki. W składzie już na drugim miejscu mamy masło shea, więc balsam faktycznie mocno nawilża. Konsystencja kosmetyku jest dość lekka, takie niezbyt gęsty balsam, więc łatwo rozprowadza się na skórze, szybko się wchłania, nie lepi się i nie tworzy smug. Po opalaniu się był idealny, łagodził wszelkie zaczerwienienia i podrażnienia. Jeśli by nie wysoka cena za pełnowymiarowe opakowanie, bez dwóch zdań skusiłabym się na zakup.
Bath&Body Works Anti-bacterial hand gel Fresh Sparkling Snow. Uwielbiam te żele, zawsze w torebce mam jeden. A i na wyjazde, czy na te dłuższe czy krótsze jest to rzecz niezbędna. Nie wysusza tak skóry, jak inne żele, do tego ma cudowny mocny zapach, który długo trzyma się na skórze. Gorąco polecam, szczególnie, że teraz są promocje i można je dorwać w całkiem przyjemnej cenie.
Twarz:
Jeju Jelly mask Skin79. Maseczka w płachcie z aloesem, która według obietnic producenta ma za zadanie koić skórę po upalnym dniu, ale także po zabiegach mezoterapii, mikrodermabraji i laseroterapii. Jak dobrze wiemy, aloes ma głębokie właściwości nawilżają i regenerujące skórę. Ja użyłam tej maseczki po opalaniu, bo mimo użytych filtrów chciałam skórę nieco uspokoić i ochłodzić. I z tym zadaniem maseczka się uporała, chyba jak każda maska w płachcie, bo powiem szczerze, że oprócz nawilżenia i ukojenia skóry, żadnych innych efektów nigdy nie widzę.

Golden Rose Purifying Cleansing Gel. Żel z drobinkami, które porządnie peelingują cerę. Nie do codziennego użytku, bo drobinki są dość mocno wyczuwalne. Dla siebie odkryłam, że żel super nadaje się do domywania twarzy po ciężkich podkładach lub koreańskich kremach BB. W tej roli spisuje się na medal, ale nie jest to kosmetyk konieczny do szczęścia.
Pasta do zębów Biomed Calcimax. Cieszę się niepomiernie, że teraz te pasty są dostępne w Biedronce! Cudny naturalny skład bez fluoru, do tego mnóstwo zapachów i smaków do wyboru. Ja bardzo polubiłam wersję z miodem oraz tą z wapniem. Pasta dobrze oczyszcza jamę ustną, zapobiega demineralizacji szkliwa, ma przyjemny smak i spełnia wszystkie moje oczekiwania. Gorąco polecam spróbować tą pastę, a się zakochacie ;)
Bielenda Pomadka do ust Skuteczne nawilżanie. Moje wielkie rozczarowanie, bo pomadka ma tak paskudny skład, że nie rozumiem, jak takie coś można nakładać na usta! Ja często oblizuję usta, więc to jest niedopuszczalne, by pomadka w składzie miała parafinę, pochodne ropy naftowej i jeszcze parę mało przyjemnych składników. Używałam jej do smarowania skórek, ale nie nawilżała, więc idzie do kosza.
Kolorówka:

Maybelline Lash Sensational. Maskara doczekała się osobnej recenzji i to nie ze względu na moją do niej miłość. Raczej zdziwienie, że tyle osób ją polubiło. Na moich rzęsach wyglądała słabo, sklejała je, nie podkręcała i nie rozdzielała. Do tego cały czas była zbyt „mokra”, więc należała na nią uważać. Na szczoteczkę nabierało się zbyt dużo produktu, więc można było sobie całe oko upaćkać. Ja ze swojej strony nie mogę polecić tej maskary. Po więcej informacji odsyłam Was do recenzji.
Zapachy:
Country Candle Peach Bellini. Soczysty letni aromat, który myślami przenosi nas na tropikalną plażę. Soczysta brzoskwinia wymieszana z innymi owocami oraz domieszką alkoholu (pokusiłabym się o stwierdzenie, że to rum kokosowy). Zapach mocny, dobrze roznoszący się po pomieszczeniu, więc nadaje się do palenia na balkonie czy tarasie. Ale zapach nie dusi i nie przytłacza swoją mocą. Polecam daylighty tej marki, bo mają w ofercie sporo ciekawych zapachów.

Yankee Candle Lake Sunset. Świeże powietrze, ciepłe promienie zachodzącego słońca, fale uderzające i pomost – idealny letni wieczór. Właśnie tym pachnie ten wosk! Wyczuwamy tu nuty drzewne, ananas i inne owoce, które są raczej tłem niż grają pierwsze skrzypce oraz ozon. Świeży lekki zapach, odpowiedni do każdej pory roku, idealnie wpisze się jako zapach do świeżo wysprzątanego mieszkania.
Yankee Candle Crackling Wood Fire. Bardzo ciekawy i intrygujący zapach. Jeśli sprawdzimy nuty zapachowe, to wymienione będą gałka muszkatołowa, mirra, cynamon, wanilia, bursztyn, kadzisło, drzewo cedrowe i sandałowe oraz dym. Zapowiada się ciężki, drzewno-kadzidłowy zapach. I nic bardziej mylnego, bo jest zapach otulający, ciepły a za razem świeży. Bo dla mnie drzewo cedrowo, bursztyn i drzewo sandałowe układają się w piękne męski perfumy. Więc zapach przypomina ciepły rodzinny wieczór przy kominku z gorącą herbatą i ciastem. Przytulnie i bezpiecznie. Na chłodne deszczowe letnie wieczory jest idealny!
Pusta siata woła o wypełnienie jej nowymi opakowaniami, więc za miesiąc widzimy się w kolejnym Denku :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Stazyjka , Blogger