sobota, lutego 03, 2018

Zużycia 2018 #2: Isana, Dove, Tołpa, Yankee Candle.

Pierwszy miesiąc nowego roku już za nami. Jeszcze trzymamy się noworocznych postanowień/planów? Ja zdołam jeden punkt z mojej listy planów już odhaczyć, a w lutym czeka mnie kolejne dwa, więc praca pełną parą! Nowy miesiąc na kalendarzu → pusta reklamówka z zużytymi kosmetykami. A więc zaczynamy!

Ciało:

Isana Warming Sugar Plum żel pod prysznic. Uwielbiam limitowane edycje rossmannowskich żeli pod prysznic. Piękny zapach słodkiej karmelizowanej śliwki. Żel tworzy cudowną gęstą pianę, dobrze myje ciao, nie wysusza skóry i jest w miarę wydajny. Cudo!
Le Petit Marseillais Drzewo sandałowe i Wanilia. Męski żel pod prysznic o bardzo ładnym zapachu bez tradycyjnej miętowej nuty. Zapach jest nieco słodki, ale z domieszką męskiej brutalności w postaci drzewa sandałowego. Mąż z wielką przyjemnością używał tego żelu. Kosmetyk dobrze się pienił, był wydajny, nie wysuszał a zapach jeszcze kilka godzin utrzymywał się na skórze. Więc polecamy na zakup dla Waszych mężczyzn ;)
Isana Pianka do golenia Blueberry Sensation. Bardzo lubię pianki do golenia z Isany, ale ostatnio stwierdziłam że jednak wolę wersję klasyczną. Wydaje mi się, że piana w tej wersji podstawowej jest bardziej gęsta, przez co kosmetyk jest wydajniejszy. Mimo wszystko Bluebberry Sensation może być fajna na lato lub podczas wakacji :)
Dove Go Fresh Dezodorant w spray’u. Powiem szczerze, ten kosmetyk wywołuje u mnie sporne uczucia. Z jednej strony świetnie chroni i nie brudzi ubrań, z drugiej zaś ma tak mocny zapach, że wręcz mnie dusi. Do tego przy aplikacji unosi się taka gęsta mgiełka, która powoduje u mnie okropny kaszel. Miłość i nie nienawiść: kocham za działanie, nie cierpię tego zapachu i tej duszącej mgiełki. Jakbym nie próbowała go aplikować, zawsze stoję jakby w obłoku antyperspirantu. Nawet nie wiem, czy mogę Wam go polecać :(
Palmer’s Cocoa Butter Formuła Softens Smoothes. Miniaturka balsamu, który jest absolutnie genialnym kosmetykiem. Bardzo dobrze nawilża skórę ciała, szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiej warstwy. Do tego ma przepiękny kakaowy zapach, który trzyma się przez dobre kilka godzin. Jeślibym nie miała tak ogromnego zapasu balsamów do ciała, to na pewno bym się skusiła na pełnowymiarowe opakowanie.
L’Occitane Pamplemousse Rhubarbe krem do rąk. Już chyba dobrze wiecie, że uwielbiam kremy do rąk tej francuskiej marki. Genialnie nawilżają skórę, nie tworzą lepkiej warstwy, jednocześnie efekt nawilżenia nie trwa jedynie do mycia rąk, tylko jest to działanie dogłębne. Przyznam się bez bicia, że zdecydowanie bardziej lubię krem z wersji standardowej i o zapachu piwonii, więc ten akurat do ulubieńców się nie zaliczył, co nie oznacza, że spisuje się gorzej niż wyżej wymienione kosmetyki.
Włosy:
Timotei Pure szampon do włosów. Idealny szampon do regularnego używania. Włosy są po umyciu jeszcze długo świeże i odbite od nasady. Kosmetyk dobrze się pieni, doskonale radzi z olejami lub ciężkimi maseczkami domowej roboty. Jest delikatny dla skóry głowy i włosów na długości. Do tego dobra wydajność i cena, zanosi się na ulubieńca i szybki powrót do mojej łazienki :)
Twarz:

Tołpa Dermo Face żel do mycia twarzy i oczu. Nie najgorszy żel jaki dane mi było używać. Dobrze oczyszczał skórę z resztek makijażu czy pielęgnacji, prawie nie pienił się przez co nie wysuszał skóra aż tak bardzo, jak to bywa przy innych żelach. Ale skłamię, jeśli powiem, że kosmetyk był super delikatny. Był dość wydajny, bo na dwie osoby starczył na ponad dwa miesiące. Niestety, gdy jeszcze zostawałam nam 1/5 opakowania, pompa przestała zasysać żel, co znacznie utrudniło zużywanie kosmetyku do końca. Bez zachwytu, ale też nie najgorzej.
Czysta Linia Tonik odświeżający. Fajny delikatny kosmetyk, w sam raz do porannej tonizacji i odświeżania cery. Nie szczypał i nie podrażniał, skład może nie zachwyca, ale kilka ciekawych ekstraktów tu znajdziemy (m.in. ekstrakty z rumianku, bławatka, krwawnika pospolitego, glistnika jaskółcze ziele i inne). Kolejny dobry rosyjski kosmetyk w mojej łazience.
Skintune maska do twarzy w płachcie. Esencja bazuje się na takich składnikach jak kwas hialuronowy, witaminy A i E, ekstrakty z granatu, róży i lotosu. Producent obiecuje, że maska ma działanie liftingujące (coś w tym jest), ujednolicenie kolorytu cery (nie zauważyłam) i dodanie blasku skórze ( u mnie tak działa każda maska w płachcie). Po użyciu tego kosmetyku skóra faktycznie była tak jakby lekko napięta i jędrna. Do tego była super nawilżona, co przerodziło się w trwalszy makijaż i lepszy wygląd przez cały wieczór. Jak zawsze w przypadku tych maseczek, nie zauważyłam oczyszczania cery i zwężenia porów, chyba do tego służą jedynie glinki. Sama maska była bardzo dobrze nasączona esencją, łatwo się aplikowała, nie zjeżdżała z twarzy, a sama płachta była bardzo wytrzymała.
Professional care at home. Maska dwuczęściowa do cery tłustej i mieszanej. W pierwszej saszetce znajduje się bardzo delikatny peeling do twarzy, a w drugiej maska glinkowa. Peeling jest bardzo drobnoziarnisty, mimo to skutecznie oczyszcza cerę i przygotowuje ją do nakładania maseczki. Peeling okazał się bardzo wydajny, bo wystarczył mi na 4 użycia. Natomiast maseczka została wykonana na bazie białej i zielonej glinek. W składzie ma prebiotyki, które mają za zadanie minimalizację Propionibacterium acnes, które z kolei powodują wystąpienie trądziku. Ciekawy krok marketingowy, nie wiem czy to faktycznie działa, ale maseczka dobrze skórę oczyszcza, zwęża pory i zmniejsza przetłuszczanie się cery przez kolejne 2-3 dni.
Biomed pasta do zębów z propolisem. Już nie raz pokazywałam Wam te pasty bez fluoru i innych paskudztw. Skład w 98% jest naturalny o czym świadczy ten zielony pasek na zgrzewie. Zwracajcie na to uwagę, bo może być bardzo ważnym wskaźnikiem naturalności produktu. Sama pasta jest delikatna dla szkliwa, ma przyjemny zapach i smak, nie pieni się jak inne pasty, co nie oznacza, że źle oczyszcza zęby. Generalnie bardzo lubię te kosmetyki i z całego serca Wam polecam.
Zapachy:

Yankee Candle Honey Clementine. Idealny zapach na okres świąteczny! Mieszanka słodko-orzeźwiających mandarynek i słodkiego, otulającego miodu. Idealny na zimne, ciemne grudniowe wieczory. Zapach jest dość intensywny, ale jest tak skomponowany i zrównoważony, że nie przysparza o ból głowy i nie jest ani zbyt słodki ani zbyt rześki.
Home Aroma Coconut Cream. W końcu i w moim mieście pojawiły się świeczki Home Aroma. Zapach Coconut Cream jest cudowną mieszanką Rafaello i mleczka kokosowego. Zapach jest słodki, z domieszką kremowo-migdałowych nut. Dla mnie bardzo smakowity! Moc jest bardzo dobra, bo w moim małym mieszkanku był wyczuwalny w każdym kącie. Świeca nie była specjalnie wydajna, bo starczyła jedynie na trzy palenia po ok. 3-4 godziny każde. Ale w cenie 5 złotych i tak jest więcej, niż można się podziewać. Polecam do wypróbowania te świece, w ofercie jest jeszcze kilka fajnych zapachów.

Jeśli jakiś kosmetyk gościł w Waszej łazience, to dajcie znać jak się spisał :) Ja już zaczynam zbierać kolejne Denko i powiem, że będzie kolorówkowo i zapachowo ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Stazyjka , Blogger