20:35

Niedzielnik: nowości kosmetyczne i najlepsze książki stycznia.

Styczeń był miesiącem pełnym zmian i nowych wyzwań. O papierowo-urzędowych sprawach nawet nie wspomnę, ale była też praca nad bardzo ciekawym projektem, o którym opowiem na blogu już za kilka tygodni. Była też ciągła nauka i doskonalenie moich umiejętności fotografa. Mam nadzieję, że zdjęcia są co raz lepsze ;) No i były też cudowne książki, których w styczniu przeczytałam 6 sztuk. Dwie z nich szczególnie mocno wpadły mi do serca i mózgu.

Książką miesiąca mogę śmiało nazwać „Chcieć mniej” Kasi Kędzierskiej. Jest to praktyczny przewodnik a raczej wprowadzacz do minimalizmu. Książka jest o tyle inspirująca i zachęcająca do działania, że w trakcie jej czytania zrobiłam porządki we wszelkich papierach/notatkach/czasopismach, także moja szafa uległa częściowej redukcji. Do tego doszły porządki na komputerze (udało mi się oczyścić coś ok. 35 Gb na dysku! I to bez większego wysiłku) no i poczta, chyba z 300 mailów skasowałam, jeszcze tyle samo mnie czeka. Dlaczego podaję te przykłady? Żeby pokazać, że to nie jest książka, która nic nie daje i nie wnosi do naszego życia. Ja ciągle ją odkładałam, bo przypominałam sobie, że mam coś do uporządkowania i zminimalizowania. I tak powinny działać wszystkie poradniki! O swoich przemyśleniach na temat minimalizmu i jak ja to widzę wprowadzane krok po kroku opublikuję w następnym „Niedzielniku”.
Kolejna fantastyczna książka to wszystkim już dobrze znana „Dziewczyna z Brooklynu” Musso. I jak bardzo byłam rozczarowana książką „Central Park” i nie podzielałam zachwytów nad nią, tak bardzo jestem oczarowana „Dziewczyną”. Akcja rozwija się szybko i trzyma w napięciu już od mniej więcej 20 stronu i aż do samego końca. Szybkie zwroty akcji, niespodziewane połączenia bohaterów w przeszłości. Książka dynamiczna, ani jedna linijka nie jest nudna czy zbędna. Gorąco polecam, jest warta każdej spędzonej z nią minuty.

Nie mogę nie wspomnieć o dwóch wyjściach do opery. Na początku stycznia balet „Dziadek do orzechów” był cudownym pożegnaniem z najpiękniejszym okresem w roku. Uważam, że poziom choreografii jest na dość wysokim poziomie. Oczywiście nie jest tak spektakularny jak Moscow City Ballet, lecz na poziom ogólnopolski jest się czym pochwalić. Orkiestra oddała w pełni wdzięk i lekkość partytury Czajkowskiego. Magiczny nastrój Wigilii, dziecięca radość – wszystko to wprowadza w magiczny świat drugiego aktu, gdzie najbardziej zachwyca walc śnieżynek i oczywiście taniec Cukrowej Wróżki i jej Kawalera. Cudowna choreografia, lekkość i precyzja wykonania. Musicie to zobaczyć, nawet jeśli nie jesteście z Bydgoszczy.
Drugą wizytę odbyliśmy tydzień po i była to opera „Rycerskość wieśniacza”. Przyznam szczerze, nie należę do miłośniczek opery. Jestem wzrokowcem, więc raczej lubię piękną scenografię, kostiumy z tiulu i kryształków, niż ciemne jednobarwne ubrania i brak jakiegokolwiek dynamizmu na scenie. Ale sam fakt wyjścia do opery i liźnięcia „wysokiej” kultury jest wskazany każdej osobie.

Będąc pod wpływem książki „Chcieć mniej” w styczniu faktycznie chciałam mniej (no może nie ubraniowo), ale kosmetycznie na pewno. Skusiłam się jedynie na krem oraz tonik polskiej marki Clochee korzystając z  całkiem sporej promocji w sklepie Herkbeauty z okazji (niestety) jego zamknięcia. Szczęście w nieszczęściu.

Mydełko zimowe marki Yope już dawno chodziło mi po głowie, bo ma wyraźne słodko-kokosowe nuty. Czy mogłam ominąć to cudo? Akurat było w Douglas w promocji, więc jakieś 12 zł i było moje :) Patrząc na dość duże Denko (klik), uważam, że zakupy w tym miesiącu były naprawdę minimalistyczne. Może udami się w lutym w ogóle nic nie kupić? #kosmodetoks pełną parą!
A jak Wam minął styczeń? Był to miesiąc pełen wyzwań czy raczej wolnego wprowadzania się w nowy rok?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Stazyjka , Blogger