17:11

Ośmiotysięczniki nie są dla każdego.

Jeszcze w grudniu, zainspirowana wpisem Pauli Jagodzińskiej (klik), postanowiłam stworzyć własną listę 100 rzeczy do zrobienia w życiu. Do punktu 38 szło mi całkiem dobrze, a później utknęłam i nic już nie mogłam wymyślić. Więc zaczęłam szukać inspiracji na innych blogach. I tu się zaczęło! Ludzie czasem stawią sobie takie wygórowane cele, które przy każdym rozkładzie są nierealne do zrealizowania. Na przykład zdobycie ośmiotysięcznika…

W świetle ostatnich wydarzeń postanowiłam podzielić się z Wami moimi przemyśleniami odnośnie naszych marzeń i celi. Jestem osobą, które inspiruje się i porównuje się tylko do lepszych. Czasem powoduje to frustrację, że mam mniej, gorzej i trudniej niż inni. Ale czasem to daje powera i chęci do działania. Ale nie łudźmy się, pewne rzeczy w naszym życiu się nie wydarzą. I nie oznacza to, że nasze życie jest gorsze niż czyjeś, po prostu jest inne. Więc na moje liście marzeń nie znajdziesz rzeczy typu „Zjeść kolację z ulubionym aktorem” czy wybrać się w paddock Formuły 1 podczas Gran Prix, bo po prostu nie mam 5 000 dolarów na zbyciu. Mi wystarczy zwyczajnie pojechać na wyścig F1, czy zobaczyć ulubionego aktora na scenie teatru, bo to jest bardziej osiągalne cele.

Czytając te listy marzeń, myślałam sobie: „Ale ludzie mają ambicję!” Ale tak naprawdę są w stanie poświecić lata na przygotowania do wejścia na Mount Everest? Czy zdają sobie sprawę, ile to kosztuje pieniędzy, wysiłku, samozaparcia, a nie raz zdrowia czy nawet życia? Czy może uważają, że skoro weszli na Kasprowy w sandałach, to na pewno poradzą sobie z każdą inną górą?
Kolejna kwestia, to satysfakcja od zrealizowania kolejnego marzenia. Ja ze swojej listy mam zaplanowane na ten rok zrealizowanie trzech marzeń. Może mało, może dużo, ale wiem na pewno, że da mi to siły na wykonywanie rutynowych zadań w szare zwykłe dni. Już nie raz pisałam w zachwytach, że wyjazd na koncert Linkin Park stał się dla mnie wydarzeniem numer 1 minionego roku, a emocje euforii od spełnienia jednego z największych moich marzeń czułam przez kolejne 4 miesiące (właśnie ten koncert pomógł mi przeżyć śmierć Chestera, który był głosem mojego dorastania i kształtowania się mojej osobowości).

A więc wracamy do kwestii spełniania marzeń. Jeśli nasze cele na życie są zbyt wygórowane, to nie poczujemy frustracji, gdy po pięciu latach znowu sięgniemy po listę i odkryjemy, że nic nam nie udało się zrealizować? Czy nie będziemy się czuły tak, że jesteśmy nieudacznikami i nasze życie jest do kitu? A jestem pewna, że nie będzie aż tak źle. Zwyczajnie w świecie nie docenimy tego, co obecnie mamy i jakimi wartościowymi ludźmi się otaczamy.

Marzenia poszerzają nasze horyzonty, a droga do ich spełnienia może okazać się nawet ciekawsza i bardziej wartościowa od samego celu. Ale podejdźmy do wszystkiego z rozumem i dystansem do siebie i swoich możliwości. Może lepiej mieć 20 możliwych do zrealizowania punktów, niż 100 górnolotnych „marzymisię”? Albo jeszcze lepiej, 20 realistycznych celi i 5 takich szalonych, które może nigdy i nie spełnimy, ale niech nam będzie!

Macie swoje listy „… rzeczy do zrobienia w swoim życiu”? Chcecie, bym pokazała moją pierwszą pięćdziesiątkę? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Stazyjka , Blogger