piątek, 24 listopada 2017

Peeling battle: Body Boom vs Nacomi.



Kąpiele są dla mnie najlepszym sposobem na relaks. Jestem święcie przekonana, że woda nie tylko oczyszcza, ale także usuwa zmęczenie, stres i złe emocje. Raz w tygodniu dopieszczam moje ciało za pomocą porządnego masażu z użyciem peelingu. I jeśli zawsze byłam oddana zdzierakom na bazie cukru, to ostatnio w mojej łazience zagościły kosmetyki kawowe. Porównam dziś słynny peeling Body Boom Kokos oraz jego nieco tańszy odpowiednik Nacomi Cofee Scrub Coconut.

Zacznijmy od opakowania. Jest ono do bólu podobne do siebie. I tam i tam papierowa torebka z zamknięciem strunowym zawiera 200 g produktu. Szata graficzan w obu przypadkach jest wytrzymana w kolorach niebieskich. Z tyłu znajdziemy informację producenta, sposób użycia oraz skład. Warto zaznaczyć, że peeling Body Boom opowiada o sobie w pierwszej osobie, pomysł oryginalny i ciekawy, mi się spodobała taka bezpośrednia relacja.
Jesli oceniać praktyczność takiego opakowania, to przyznam szczerze, że po kilku użyciach papierowe opakowania nie wyglądają najlepiej. Bardzo łatwo się brudzą a pod wpływem wody zniekształcają się i odbarwiają. Na szczęście są wykonane z tak grubego papeiru, że nie rozklejają się po kontakcie z wodą.

Porównując skłądy obu peelingów to jest on bardzo podobny. W obuprzypadkach kawa Robusta jest wymieszana z cukrem i to one stanowią bazę zdzierającą. W peelingu Nacomi mamy jeszcze sól morską pomaga oczyścić skórę oraz wiorki kokosowe, a w peelingu Body Boom znajdziemy siarczan sodu, który zwiększa lepkość kosmetyku. Dalej w obu kosmetykach znajdziemy takie olejki jak: olej migdałowy, olej kokosowy, masło kakaowe, a w peelingach Body Boom także olej arganowe i olej makadamia.
Skład i nasycenie olejkami przekłada się na właściwości i strukturę kosmetyków. Peeling Nacomi jest bardziej suchy, gorzej przylepia się do skóry i nie nawilża tak bardzo, by zaniechać użycia balsamu czy masła do ciała. Zapach też jest bardziej kawowy niż kokosowy i bardziej naturalny. Z kolei peeling Boby Boom jest bardzo „mokry” od olejków, dobrze trzyma się skóry, więc nie muszę go mieszać z żelem pod prysznic czy olejkiem. Ma bardziej wyrazisty kokosowy zapach, jest on słodszy, bardziej „cukierkowy”. Po użyciu peelingu Body Boom nie czuję potrzeby, by sięgać po dodatkowy nawilżacze.

Jeśli chodzi o działanie, to są one tym samym poziomie. Każdy z peelingów dobrze skórę oczyszcza, masaż tymi zdzierakami daje cudne ujędrniające efekty. Skóra jest wygładzona, napięta a krążenie odpowiednio pobudzone. Jako profilaktyka lub działania wspomagające w walce z cellulitem, te peelingi są niezbędne. Kawa cudnie pobudza skórę do walki z „pomarańczową skórką”, krążenie krwi i lemfy jest przyśpeiszone, co nie pozwala wodzie i toksynom zbierać się w widoczne grudki. No i mięśnie też lubią, jak są porządnie masowane.
Porównując oba produkty widzę w nich wiele wspólnych cech, ale także są różnicy. Mimo moich szczerych chęci, by tańszy o połowę peeling Nacomi okazał się równie dobry jak peeling z Body Boom, moje serce jest oddane jest przystojniakowi BB. Fakt, że nie musze sięgać po dodatkowe kosmetyki nawilżające oszczędza mi mnóstwo czasu i zdobywa moją przychylność. No i ta sucha, rozsypująca się po całej wannie konsystencja też potrafi nieźle wkurzyć!

Czy skusze się na kolejne opakowania tych peelingów? Możliwe, że na lato kupię Body Boom w wersji z mango, ale raczej pozostanę przy kawowych peelingach DIY. Jako wielka miłośniczka kawy, tak zwanych „fusów” po tym napoju bogów mam w domu pod dostatkiem, cukier i oleje też się znajdą.
A Wy wolicie peelingi DIY, czy jesteście leniuchami i stawiacie na wygodne gotowe kosmetyki?

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.